Cała ta niesamowita opowieść nie jest bowiem wyssana z palca, a jej niezrównanym scenarzystą było samo życie, a dowód na to odnajdziemy na pożółkłych stronach historii.
Kanwą naszej dzisiejszej gawędy o chłopie, który przespał własny koniec świata, jest autentyczna notka prasowa, która zmroziła i jednocześnie rozbawiła czytelników w połowie XIX wieku. Ukazała się ona w Warszawie, w 12. numerze słynnego „Tygodnika Ilustrowanego” z 1859 roku. To właśnie tam, w rubryce „Rozmaitości”, redakcja pisma, powołując się na oficjalne, urzędowe źródła, opisała mrożące krew w żyłach, a zarazem kuriozalne zdarzenie zatytułowane po prostu „Piotrków Trybunalski”.
Przenieśmy się więc w czasie do owego mglistego, listopadowego wieczoru, by zobaczyć, jak niezwykłe przymierze pijaństwa, ślepego trafu i nieziemskiego wręcz szczęścia ocaliło pewnego podchmielonego włościanina przed stalowym potworem…
Oto dokładna transkrypcja tekstu, z zachowaniem oryginalnej pisowni, w tym dawnej ortografii, np. „śrzodek”, liter z kreskami jak „é”, „ó”, interpunkcji oraz charakterystycznych form językowych XIX wieku tekstu pochodzącego z 1859 roku.
ROZMAITOŚCI.
W miesiącu zeszłym Kuryer Warszawski (o czém wspomnieliśmy już w ostatniéj kronice tygodniowéj), doniósł o przypadku, jaki wydarzył się na drodze żelaznéj pod Piotrkowem, a który niewątpliwie do najosobliwszych w historyi kolei żelaznych policzony być może. Redakcya „Tygodnika“, otrzymawszy z urzędowego źródła szczegóły zdarzenia, którego wiarogodność słusznie zrazu była powątpiewaną, pospiesza z ich udzieleniem czytelnikom swoim.
Dnia 8 (20) listopada r. b., koło godziny 10 wieczorem, Wojciech Modrzejowski włościanin wiózł drzewo jednokonną furą. Podchmielony trunkiem, zasnął, a koń, samopas postępując, doszedł do otwartego przejazdu drogi żelaznéj, zwrócił się na jéj plant, uszedł około 50 sążni od domku dróżnika i zatrzymał się, stanąwszy na poprzek drogi tak, że przednia część wozu zajęła śrzodek kolei. Wcześniej jeszcze dróżnik miejscowy obszedł tę część drogi swojéj i znalazł ją w należytym porządku; po dostrzeżeniu więc znaków o wyjściu ze ztacyi Gorzkowice pociągu towarowego, zamknął przejazd, wystawił sygnał jazdy i zajął przy nim swoje stanowisko. Wkrótce zbliża się ów pociąg. Maszynista, widząc właściwe sygnały, jedzie ze zwykłą szybkością, aż do punktu gdzie światło rzucone przez latarnie parochodu, daje mu dostrzedz stojącą w poprzek furę. Stara się wtedy zahamować pociąg,... lecz już zapóźno, wstrzymanie onego nastąpiło dopiéro po przejechaniu znajdującego się na kolei wozu. Wtedy służba od pociągu zbiega się, szuka ze światłem przyczyny i skutków tak fatalnego wypadku i znajduje: wóz zgruchotany, drzewo rozrzucone, konia ocalonego, a wieśniaka leżącego na przodzie parochodu, poza buforami i latarniami. Zdejmują go ztamtąd troskliwie, a widząc jego nieprzytomność, wsadzają do wagonu i przywożą do Piotrkowa.
Pokazuje się że w chwili kiedy bufory maszyny, rozbijając wóz, oddzieliły go od uprzęży, podrzucony wieśniak spadł poza latarnie parochodu i pozostał tam bez najmniejszego szwanku. Powołany nazajutrz do śledztwa, nic objaśnić nie umiał; zeznał tylko że podchmieliwszy sobie, zasnął i nie wié co się z nim stało. Po zwróceniu mu konia, wsiadł na niego i wrócił do domu.
Oto jak mogłaby brzmieć ta niesamowita historia, gdybyśmy opowiedzieli ją dziś przy barze – z dreszczykiem, humorem i lekkim przymrużeniem oka.

O chłopie, który przespał własny koniec świata.
Wyobraźcie sobie mroźny, listopadowy wieczór 1859 roku. Okolice Piotrkowa Trybunalskiego. Gwiazdy świecą, mróz łapie, a po polnej drodze niespiesznie człapie koń, ciągnąc furę wyładowaną drewnem. Na furażu, w objęciach Morfeusza tudzież lokalnego bimbru, smacznie chrapie nasz główny bohater – włościanin Wojciech Modrzejowski. Wojtek przyjął tego wieczoru dawkę „ogrzewacza” na tyle solidną, że jego świadomość odjechała w siną dal znacznie szybciej niż jego zaprzęg.
Koń, stworzenie z natury autonomiczne i pozbawione nawigacji GPS, uznał, że idzie na żywioł. Samopas minął otwarty szlaban i z gracją godną pijanego rzeźbiarza zaparkował furę w poprzek torów kolejowych, jakieś sto metrów od budki dróżnika. Wojtek tymczasem chrapał w najlepsze, traktując tory kolejowe jak najwygodniejszy materac ortopedyczny.
Z dreszczykiem w tle: Potwór z żelaza nadjeżdża
W tym samym czasie z pobliskiej stacji Gorzkowice rusza stalowy potwór tamtych czasów – pociąg towarowy. Dróżnik, przekonany, że na torach panuje absolutna cisza, daje zielone światło. Maszynista podkręca parę. Lokomotywa ryczy, koła stukają o szyny, a węgiel sypie się do pieca. To miał być rutynowy kurs.
Nagle, w snopie żółtego światła z wielkiej, frontowej latarni parowozu, maszynista dostrzega… barierę z drewna i końskich kopyt.
„Rany boskie, blokada!” – serce maszynisty ląduje w żołądku.
Zaczyna się dramatyczna walka z materią. Hamulce piszczą, iskry sypią się z kół jak fajerwerki na Sylwestra, a stalowy kolos sunie nieubłaganie naprzód. Sekundy kurczą się jak budżet przed wypłatą. Maszynista zamyka oczy, czekając na najgorsze.
BUM! Rozlega się trzask łamanego drewna, który musiał być słyszalny w promieniu kilku kilometrów. Pociąg taranuje furmankę, roznosząc ją w pył, i z ciężkim stękiem wreszcie się zatrzymuje.
Kryminalne zagadki Piotrkowa: Gdzie są zwłoki?
Obsługa pociągu wyskakuje z wagonów z latarniami w dłoniach. Sceneria wygląda jak z taniego kryminału: kompletna ciemność, unosząca się para, dokoła porozrzucane polana, zgruchotane szczątki wozu i… żywy, acz lekko zdezorientowany koń, który dziwnym trafem nie ucierpiał.
Szukają ciała. No bo cudów nie ma – zderzenie z kilkutonowym parowozem to bilet w jedną stronę do stwórcy. Przeszukują torowisko, zaglądają pod koła. Czysto. Czyżby znikające zwłoki?
Wtem ktoś podnosi latarnię wyżej, oświetlając przód lokomotywy. I co widzą? Pomiędzy wielkimi buforami a wielką lampą parowozu, zwinięty w kłębek niczym kot na ciepłym kaloryferze, leży Wojtek. Cały i zdrowy. Okazało się, że siła uderzenia zadziałała jak katapulta w cyrku – podrzuciła go w górę, a on, zamiast spaść pod koła, wylądował miękko na przodzie lokomotywy, nawet się nie budząc! Kolejowa obsługa ściąga go stamtąd z namaszczeniem, pakuje do wagonu i wiezie do Piotrkowa, wciąż nie wierząc w to, co widzi.
Finał na posterunku.
Następnego dnia rano Wojtek trzeźwieje w blasku policyjnych lamp. Śledczy stają nad nim z notesami, żądając wyjaśnień w sprawie spowodowania katastrofy w ruchu lądowym. Wojtek patrzy na nich wzrokiem nieskażonym żadną myślą, drapie się po głowie i mówi:
– Panie władzo, ja tylko sobie troszkę podchmieliłem, zasnąłem i na śmierć zapomniałem, co się działo.
Służby, nie mając wyjścia, oddały mu konia. Wojtek wsiadł na szkapę okrakiem i jak gdyby nigdy nic wrócił do domu.
Motto i przesłanie na przyszłość.
Ta historia niesie za sobą ponadczasową mądrość, którą warto wyryć na każdym kolejowym szlabanie:
„Gdy procenty we krwi płoną, koń i los cię nie obronią. Bo choć czasem pijany ma szczęście iście nieziemskie, bezpieczniej jest drzemkę ucinać we własnym łóżku, a nie na kolejowym twardym łóżku.”
Mówiąc krótko: Piłeś? Nie jedź. Nawet jeśli masz jednoosobowy, jednokonny zaprzęg z autopilotem.
Metryka źródła.
Tytuł publikacji: „Piotrków Trybunalski”.
Autor publikacji: redakcja.
Kolumna: Rozmaitości.
Publikacja: Tygodnik Ilustrowany (czasopisma społeczno-kulturalne polskie).
Miejsce, Rok, Nr, str.: Warszawa; 1859; Nr 12.
Wydawca: Józef Unger (1817-1874).
Język: polski.
Źródło/Zbiory: Biblioteka Narodowa; Biblioteka Cyfrowa Uniwersytetu Łódzkiego.
Dostępność elektroniczna: Polona.pl.
Domena Publiczna. Wolno zwielokrotniać, zmieniać i rozpowszechniać oraz wykonywać utwór, nawet w celach komercyjnych, bez konieczności pytania o zgodę. Wykorzystując utwór należy pamiętać o poszanowaniu autorskich praw osobistych Twórcy.















