Choć od czasów, gdy szofer łódzki, ten „ludek wesoły” i wiecznie spragniony, przemierzał wybrukowane ulice swoją dymiącą maszyną, minął już niemal wiek, a pewne namiętności nie rdzewieją.
Dziś, zamiast trzymać kierownicę w szoferce, częściej zasiadamy w ciasnych fotelach podniebnych rydwanów, lecz natura ludzka, owa chęć, by „pogazować się” lub nieco „oliwić” w chwilach wolnych od znoju, pozostaje niezmiennie silna. Zapraszam zatem do opowieści o tym, jak dawne ułańskie fantazje i „hołdy składane Bachusowi” przeniosły się z zakurzonych gościńców Andrzejowa prosto nad chmury, gdzie bąbelki wina spotykają się z bezlitosnym paragrafem. Bo jak mawiali dawniej i jak przekonujemy się dziś: „wódeczka jest matką wszystkiego złego”, a skąpstwo połączone z animuszem to gotowy przepis na katastrofalne lądowanie.
Rozsiądźcie się wygodnie, zapnijcie pasy i przygotujcie się na opowieść o tym, że choć technologia gna naprzód z prędkością światła, to ludzka natura, a zwłaszcza ta doprawiona „okowitą”, pozostaje niezmienna od pokoleń.
Podniebne „Oliwienie” i Klątwa Klasy Ekonomicznej.
Szoferzy, jak wiemy, to ludek wesoły, który łaknie wysokooktanowych wrażeń niemal tak mocno, jak ich maszyny potrzebują paliwa Ale współczesny as kierownicy, gdy tylko zdejmie nogę z gazu i zamieni kokpit na fotel pasażera w tanich liniach lotniczych, wpada w sidła melancholii Widzi tych szczęśliwców w klasie biznes, sączących bąbelki, podczas gdy on – niczym szofer przed przedwojennym „Savoy’em” – może tylko „ślinawe łykać marzenia”
Jednak gdy przychodzi „fajrant”, nasz bohater – nazwijmy go współczesnym Antonim – postanawia „naoliwić” tryby swojej duszy. I tu zaczyna się dreszczowiec, bo w dobie biometrii i skanerów, on postanawia rzucić wyzwanie systemowi niczym dawny król szos.
Awantura nad Chmurami.
Wyobraźcie sobie tę scenę: lot z przesiadką, błękit nieba, a w samym środku stalowego ptaka – on. Nasz jegomość, już srogo „ululany” i pełen „kawalerskiego animuszu”, uznał, że regulaminy są dla maszyn, a nie dla ludzi z ułańską fantazją. Zamiast biletu w smartfonie, miał w oczach mgłę, a w sercu potrzebę buntu.
- Wyczyny, tu zaczął od „wyśpiewywania brewerji”, co początkowo bawiło współpasażerów, spragnionych darmowej rozrywki.
- Zaloty, i dość szybko jednak przeszedł do „przystawiania się do niewiast”, co w ciasnym przejściu między rzędami 12C a 12D nabrało znamion horroru.
- Konfrontacja, i gdy podniebny kontroler (w tej roli nieustępliwy steward) poprosił o dowód tożsamości, Antoni – miast smartfona – wyciągnął… pięści.
Finał w Cieniu Paragrafów.
W oparach skąpstwa i promili, nasz bohater odmówił uiszczenia jakiejkolwiek opłaty, twierdząc butnie, że „płacić nie będzie, gdyż pieniędzy nie ma”. Skończyło się to jednak brutalnym lądowaniem w rzeczywistości. Zamiast luksusowego transferu do hotelu, czekał na niego komitet powitalny w mundurach i paragrafy o „nieposzanowaniu władzy”.
Morał z tej historii, spisanej niegdyś przez pióro Sa-wicza, a dziś aktualnej jak nigdy, brzmi: Wódeczka jest matką wszystkiego złego, niezależnie od tego, czy podróżujesz bryczką, automobilem, czy odrzutowcem za 19 euro. Sąd był surowy – cztery miesiące „odpoczynku” od latania i jeżdżenia.
Zatem, drodzy pasażerowie, uważajmy na „majówki”, bo nawet w chmurach prawo grawitacji, i prawo karne, działa bezlitośnie.
Majówka w lesie miejskim łódzkim. Foto Krzysztof Sadłowski 2026.04.27.
Inspiracją dla tej gawędy stał się autentyczny reportaż sądowy z 1928 roku, opublikowany na łamach „Łódzkiego Echa Wieczornego”. Tekst ten, autorstwa dziennikarza o pseudonimie Sa-Wicz, z lekkością i humorem portretuje łódzkich szoferów jako „ludek wesoły”, który po pracy chętnie „oliwi” swoje gardła, składając hołd Bachusowi.
Oto wierna transkrypcja tekstu w pierwotnym wydaniu.
Ukaranie skąpstwa.
Szoferzy łódzcy — rzecz wiadoma — to ludek wesoły i tak samo łaknący spirytusu oczyszczonego jak samochody benzyny. Szoferzy jednak o tyle nieszczęśliwsi są od innych swych bliźnich, że nie wolno im pić wtedy, gdy jeżdżą swemi maszynami. Bo taki szofer, proszę państwa, jak ma tylko coś nie coś w czubie, to zaraz nabiera animuszu do kawalerskiej jazdy i wyczynia brewerje, pociągające za sobą katastrofalne skutki. To też jeśli policja stwierdzi, że kierowca auta jest pijany, względnie choćby troszeczkę pod gazem, niezwłocznie odbierane mu jest prawo jazdy w myśl obowiązujących przepisów.
Można sobie wyobrazić co się dzieje w duszy takiego szofera, gdy ma postój przed „Tivoli“ czy „Savoy'em“, czy też jaką inną pośledniejszą austerją, dokąd ludzie wchodzą, raczą się wódką dowoli, a on, biedny, tylko patrzy i ślinkę łyka.
Za to, gdy szofer ma „fajrant“, używa sobie za wszystkie czasy. Per pedes obchodzi austerje i pije, pije, czyli mówiąc po szofersku, gazuje się lub oliwi. Albo też wyjeżdża gdzie na majówkę i tu składa hołd Bachusowi. Uwidocznione to zostało w ostatnim programie „Gongu“ w skeczu p. t. „Majówka“ w Rudzie Pabjanickiej. Szofera „odwala“ Wojnar i trzeba przyznać, że znakomicie. Nie moją jednak jest rzeczą pisanie recenzyj z Gongu, czyni to o wiele lepiej mój kolega redakcyjny, kryjący się wstydliwie pod literką (r). Do mnie należą tylko sądy i w nich czuję się jak u siebie w domu. I w sądzie właśnie dowiedziałem się, jak to szoferzy bawią się na majówce.
Proszę posłuchać.
W dniu 27 sierpnia roku ubiegłego kontroler kolejowy w czasie swych czynności urzędowych natkał się w wagonie klasy trzeciej na linji Koluszki — Łódź Fabryczna pod Andrzejowem na awanturującego się srodze ululanego pasażera, który jechał „na gapę“, czyli mówiąc inaczej, bez biletu. Wyśpiewywał sobie ów jegomość, brewerje wszelakie wyczyniał, okrutnie śmiesząc pasażerów. Do niewiast się przystawiał, a jakże…
Kontroler, niewiele myśląc, na stacji Andrzejów zdał pijanego jegomościa dyżurnemu ruchu, w celu spisania protokółu, względnie ściągnięcia grzywny. Gdy przecież doprowadzono go do kancelarji stacyjnej i oświadczono mu, że ma zapłacić pięć złotych, oświadczył wręcz, że płacić nie będzie, gdyż pieniędzy nie ma. A gdy zażądano odeń dowodu osobistego, zaczął krzyczeć rozdzierającym głosem, że dowodu nikomu nie pokaże. W szale pijackim rzucił się na urzędnika kolejowego i uderzył go pięścią w pierś i kilka razy w głowę. Wówczas dopiero zaopiekowała się nim policja. W toku dochodzenia okazało się, że jest to niejaki Antoni Ziółkowski, szofer.
Został on pociągnięty do odpowiedzialności za nieposzanowanie władzy, znieważenie dyżurnego ruchu, zwymyślanie go i kilkakrotne uderzenie. Przestępstwa te przewidziane są w art. 154 i innych K. K.
I oto sąd skazał wojowniczego szofera na cztery miesiące więzienia. Tak więc pp. szoferzy, uwaga! Również w godzinach wolnych od pracy nie wolno nadużywać alkoholu, gdyż może to mieć skutki opłakane. Zresztą ostrzeżenie te może mieć zastosowanie również i do innych zawodów — wódeczka bowiem jest matką wszystkiego złego.
Sa-wicz.
Autor tekstu: Sa-Wicz.
Ilustracja: Kartki sądowe.
Gazeta: "Łódzkie Echo Wieczorne".
Data wydania: 1928.05.25, Nr 124.
Język: polski.
Zbiory: Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Marsz. Józefa Piłsudskiego w łodzi.
Status prawny: Domena publiczna.















