W tamtych czasach 1884-1900 łódzka majówka zwaną czasem żartobliwie „lipcówka” nie była zwykłym spacerem, lecz starannie przygotowanym rytuałem, który jednoczył mieszkańców „ziemi obiecanej” ponad podziałami materialnymi i społecznymi.
Niniejsze opracowanie przybliża barwny obraz tych zabaw od uroczystych wyjazdów „specyalnemi wozami” , przez pełne humoru anegdoty o wyprzęganiu koni z profesorskich dorożek , aż po szlachetne zbiórki na budowę świątyń. To zapis chwil wytchnienia, w których cała Łódź od rzemieślników i drukarzy po elitę intelektualną szukała „używania świeżego powietrza” pod warunkiem, że dopisała najistotniejsza tego dnia pogoda.
Na majówce przygrywać będzie orkiestra artyleryjska pod kierunkiem kapelmistrza p. Chodkowskiego.
Odgłosy maszyn ustępują dźwiękom orkiestry.
W niniejszej publikacji zabiorę Ciebie w sentymentalną podróż w czasie, by poczuć zapach lasu i atmosferę dawnej, przemysłowej Łodzi, która raz do roku zrzucała roboczy fartuch i rzucała się w wir zabawy. Odkurzymy pożółkłe szpalty „Rozwoju” i „Dziennika Łódzkiego”, by zobaczyć, jak to nasi przodkowie świętowali nadejście lata.
Kto i gdzie szukał wytchnienia?
W tamtych czasach łódzka majówka nazywana czasem przekornie „lipcówką” była prawdziwym rytuałem, w którym brały udział wszystkie stany. Każda grupa zawodowa miała swoje ulubione ścieżki. Do lasu miejskiego przy szosie Konstantynowskiej ciągnęli niemal wszyscy: od pracowników fabryki kapeluszy Gepperta, przez drukarzy z zakładów p. Zonera, aż po czeladź piekarską
Nawet łódzka inteligencja szukała „świeżego powietrza”, wybierając się pociągiem do podłódzkich Koluszek. Z kolei cykliści, owa „sprężysta” brać z warszawskiego towarzystwa, obierali kurs na lasy pod Zgierzem. Całe miasto, od gwarnego rynku Bałuckiego po elegancką ulicę Piotrkowską, żyło tymi wyjazdami.
W niedzielę w lesie miejskim obok osady leśniczego, przy szosie Konstantynowskiej, grono osób ze sfery kolejowej urządzało majówkę, na której przy dźwiękach muzyki bawiono się ochoczo do późnej nocy.
Tegoż dnia i w tymże lesie po drugiej stronie szosy nieduże grono osób ze sfery urzędniczej używało świeżego powietrza i bawiło się ochoczo.
Na obydwóch majówkach firma fotograficzna Piotrowicza zrobiła parę zdjęć fotograficznych.
W poniedziałek odbyła się także majówka pracowników fabryki kapeluszy Gepperta w lesie miejskim po lewej stronie szosy Konstantynowskiej, a także w tymże lesie majówka czeladzi piekarskiej. Na tej ostatniej kierownikiem zabawy był podstarszy cechu majstrów piekarskich, p. Fogt. Zjednoczenie się czeladzi, którzy od kilku lat nie byli w zupełnej zgodzie ze swoimi pracodawcami, dało możność stowarzyszonym majstrom dopomódz nawet materyalnie w zabawie, co i wywarło pewne wrażenie na pracujących, którzy każdego z przybyłych majstrów przyjmowali owacyjnie.
Bilety, wozy i orkiestra.
Organizację majówek cechował wielki fason. Bilety na przejazd i zabawę należało nabyć wcześniej – czy to w księgarni p. Szatkiego, czy w cukierni p. Roszkowskiego. Udział w zabawie prestiżowych towarzystw, jak „Lutnia”, kosztował rubla od członka, zaś goście musieli uiścić opłatę w wysokości nawet rubla i 50 kopiejek.
W zamian na uczestników czekały liczne atrakcje:
- Muzyka i tańce. Nie było mowy o zabawie bez orkiestry! Drukarzom przygrywał zespół artyleryjski pod batutą p. Chodkowskiego.
- Gry i swawole. Uczniowie szkoły rzemieślniczej czas wypełniali „grając w palanta, puszczając papierowe balony i spalając sztuczne ognie”.
- Pamiątki. Aby chwile te nie odeszły w niepamięć, w lesie pojawiała się firma fotograficzna pana Piotrowicza, która robiła biesiadnikom „zdjęcia fotograficzne”.
Duch wspólnoty i młodzieńcza fantazja.
Majówki miały niezwykłą moc zacierania fabrycznych hierarchii. Choć czeladź piekarska bywała w sporze z pracodawcami, wspólna zabawa pod okiem podstarszego cechu p. Fogta sprawiła, że majstrowie wsparli ich materialnie, za co zostali przyjęci „owacyjnie”.
Bywało też niezwykle wesoło i psotnie. Pewnego razu uczniowie szkoły rzemieślniczej, rozochoceni gościnnością pedagogów, „podnosili inspektora i wszystkich profesorów w górę”. Mało tego! Od dorożki wracającego przełożonego, na której siedział z rodziną, „malcy wyprzęgli konia i wśród krzyku przyciągnęli takową aż na środek rynku przed gmach gimnazyum”. I to przez trzy wiorsty po ciężkim piasku!. To się nazywało mieć „młodzieńczą werwę”.
Szlachetny cel i kapryśna aura.
Zabawy te miewały też wymiar dobroczynny. Podczas majówki chóru kościoła św. Krzyża potrafiono zebrać „czternaście rubli z kopiejkami na budowę kościoła”. Wszystko to działo się jednak pod jednym, najważniejszym warunkiem – łaskawości pogody. Jak pisała ówczesna prasa, piękna aura potrafiła „rozweselić buzię niejednej nadobnej łodzianki” , podczas gdy deszcz był zmorą „przedsiębiorców ogródkowych”.
Był to czas „ochoczej zabawy do późnej nocy” – chwila wytchnienia od huku maszyn i szarych murów naszej przemysłowej Łodzi, o której my, współcześni, powinniśmy pamiętać z takim samym uśmiechem, z jakim nasi pradziadowie wracali wtedy do domów przy blasku „różnokolorowych latarń”.
Zanim opadną latarnie…
Choć dzisiaj łódzkie lasy nie rozbrzmiewają już hukiem wystrzeliwanych korków szampana przy dźwiękach artyleryjskiej orkiestry p. Chodkowskiego , to duch dawnej „ochoczej zabawy do późnej nocy” wciąż drzemie w naszych parkach i alejkach. Pamiętajmy o tej „młodzieńczej werwie” naszych pradziadków , którzy potrafili z równą pasją budować fabryczne potęgi, jak i wyprzęgać konie z dorożek w przypływie czystej, majówkowej radości. Niech więc ta sentymentalna podróż przez pożółkłe szpalty gazet będzie dla nas przypomnieniem, że bez względu na to, czy płacimy rubla w „Lutni” , czy zbieramy kopiejki na szczytny cel , najważniejsza pozostaje owa „nadobna” pogoda ducha. Zatem, gdy tylko słońce wyjrzy zza chmur, bierzmy przykład z dawnych łodzian: porzućmy na chwilę miejski zgiełk, by wzorem cyklistów czy drukarzy, po prostu zażywać „świeżego powietrza” i cieszyć się chwilą, póki nie zgasną pamiątkowe, kolorowe latarnie. Do zobaczenia na szlaku – byle tylko aura dopisała!
Na majówce będzie muzyka i wiele niespodzianek.
Oto kilka haseł i kluczowych określeń zaczerpniętych bezpośrednio z łódzkiej prasy końca XIX wieku, które oddają ducha ówczesnych majówek:
- „Lipcówka” – żartobliwe określenie majówki, która ze względu na terminy przesunęła się na początek lata.
- „Używanie świeżego powietrza” – popularne sformułowanie opisujące główny cel wyjazdu za miasto.
- „Młodzieńcza werwa” – określenie radosnej energii i entuzjazmu, z jakim bawiła się młodzież, np. podczas powrotu z lasu z kolorowymi latarniami.
- „Specyalne wozy” – środek transportu, którym zorganizowane grupy (np. cykliści) udawały się na miejsce zabawy.
- „Ochocza zabawa do późnej nocy” – opis atmosfery panującej na majówkach urządzanych przez sfery urzędnicze i kolejowe.
- „Nadobna łodzianka” – określenie uczestniczek zabaw, których humor zależał od sprzyjającej aury.
- „Przedsiębiorcy ogródkowi” – osoby prowadzące punkty gastronomiczne i rozrywkowe, dla których deszcz był największym zmartwieniem.
- „Przepędzenie kilku godzin na świeżem powietrzu” – tradycyjna motywacja wyjazdów łódzkiej inteligencji.
Metryka źródła.
- Gazeta "Rozwój" 1899, Nr 128 i 146; 1900, Nr 127.
- Gazeta "Dziennik Łódzki" 1884, Nr 111; 1888, Nr 146; 1890, Nr 120.
- Język: polski.
- Zbiory: Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Marsz. Józefa Piłsudskiego w łodzi.
- Status prawny: Domena publiczna.













